
Wpłynąłem w ujście Gowienicy i ruszyłem w górę rzeki, płynącej w tym miejscu bardzo leniwie. Bez wysiłku przemierzyłem około czterokilometrowy odcinek rzeki; dotarłem do granicy lasu, po czym wróciłem wypoczęty i zadowolony do rodzinki smażącej się na plaży. Zapamiętałem sobie tę wyprawę jako miły, godzinny relaks na wyjątkowo łatwej rzeczce. W lipcu następnego roku postanowiłem spróbować spłynąć Gowienicą od Widzeńska – leśnej osady odległej o kilka kilometrów od Stepnicy. Nie znalazłem żadnego przewodnika po rzece, żadnej relacji w Internecie. Cóż, trzeba było płynąć „na nos”. Rzut oka do atlasu – odcinek około dwukrotnie dłuższy od ubiegłorocznego, prosta kreska na mapie, nie powinno być problemu. Kiedy więc rodzina grilowała w porcie jachtowym w Stepnicy, kolega „podrzucił” mnie i kajak do Widzeńska, na nowy biwak przy moście. „Będę za dwie godziny” – rzuciłem na pożegnanie i około południa wypłynąłem, zaopatrzony w jedno piwko. Na dwie godziny łatwego spływu wszak nic więcej nie trzeba. Początek trasy utwierdził mnie w przekonaniu, że będzie to miły relaks. Jakieś pochylone drzewko, jakiś mostek – ładnie i nietrudno, pomyślałem. No więc w drogę, płynę. Otworzyłem piwko, wyciągnąłem się w kajaku. „Nieś mnie rzeko, ja sobie w ciszy odpocznę...” A rzeka, jakby na przekór, szybko zaczęła się wić, początkowo łagodnie, potem zakręty były częstsze i ciaśniejsze. Niespostrzeżenie, w wodzie zaczęło pojawiać się więcej przeszkód, które czasami dały się ominąć, ale coraz częściej trzeba było dobrze pomyśleć jak tu sobie poradzić: czy kłaść się w kajaku, czy też wskakiwać z niego na zwalone drzewo i przeciągać kajak dołem, górą lub brzegiem. Błędem było zostawienie w samochodzie kilkumetrowej linki, przydałaby się teraz! Przy drugim czy trzecim kładzeniu się w kajaku potrąciłem otwarte piwko i połowa, ku mojej rozpaczy, się wylała. W tym momencie okazało się, że nie mam gąbki do osuszania kajaka. Trudno, w jej rolę wcieliły się skarpetki, które i tak już wcześniej musiałem zdjąć przed pierwszym wejściem do wody. Przydały się jeszcze nie raz! 
Po półgodzinie, po zaliczeniu kilkunastu ciasnych przejść pod drzewami już wiedziałem, że te dwie zaplanowane godziny to fantazja. Mapa po prostu mnie szpetnie okłamała. Cóż, wycofałby się człowiek chętnie, ale był problem: nie wiedziałem, gdzie jestem. Głęboka puszcza, komórka bez zasięgu, żywej duszy nie widać... Nie pozostało nic innego, jak płynąć dalej. Więc - w drogę! A dalej było już tylko trudniej. Rzeka, która na marnej mapie była prostą kreską, wiła się jak szalona. Uświadomiłem sobie w pewnym momencie, że już trzeci raz podpływam do dziwnie znajomej kępy drzew. Staję w kajaku – oczywiście, kilkanaście metrów ode mnie płynie ta sama rzeka, ale w drugą stronę. Ot, takie tam meandry... Ile razy musiałem wysiadać z kajaka (ciężkiego, laminatowego pancernika), by go przerzucić nad zwalonym drzewem, przepchnąć przez koronę leżącego drzewa i samemu jakoś przez nią przejść – nawet nie liczyłem. Do tego dodać trzeba miejsca, które wprawdzie z trudem, ale da się przepłynąć. Czasami przeskakując nad zanurzonymi drzewami, czasami prąc wąskim przesmykiem przez trzciny i zarośla. Ze trzy, cztery razy jak burłak ciągnąłem kajak lądem przez pokrzywy (podobno to pobudza krążenie...). Na szczęście, rzeka latem przeważnie jest dość płytka, zazwyczaj sięga do kolan i nie jest trudno znaleźć sposób na pokonanie przeszkody. Choć oczywiście przy zwalonych drzewach zawirowania czasem wypłukują piasek i nie jest problemem wpaść nagle po szyję, co mnie oczywiście również spotkało. Zdarzyło mi się raz tak skutecznie zaklinować w przeszkodzie, że ani do przodu, ani do tyłu, ani wysiąść suchą nogą z kajaka... Więc znowu chlup! – do wody; akurat było po szyję... Byłytylko krótkie odcinki, gdzie rzeka płynęła po prostej i gdzie kajak dawało się trochę rozpędzić. Przeważnie jednak Gowienica meandrowała, uroczo ale męcząco dla samotnie płynącego kajakarza. Samotnego, jeśli nie liczyć komarów i wypasionych (na kim?) końskich, szarych much, niewrażliwych na żadne preparaty, dopadających ofiarę najczęściej wtedy, kiedy nie może przerwać wiosłowania. Nagrodą za te wszystkie niedogodności były widoki. Zobaczyłem prawdziwą, niedostępną puszczę, ze starymi dębami i świerkami, gdzie człowiek nadal jest rzadkim gościem. Po drodze spotkałem mnóstwo saren, jeleni, dzików, o drobniejszych zwierzakach i masie ptactwa nie wspominając. I tylko człowieka nie spotkałem, bo na całym odcinku od Widzeńska do Stepnicy nie podpływa się do żadnych zabudowań. Ceną za widoki było zmęczenie. Płynąłem nie planowane dwie, a ponad sześć godzin. Pod koniec byłem już tak zmęczony walką z uroczą rzeką, że kiedy złapałem za spróchniały konar, ułamałem go i cała jego żywa i martwa zawartość wysypała się na mnie i do kajaka. Nawet nie miałem siły zakląć. Strzepnąłem tylko z grubsza robale i płynąłem dalej. W końcu rzeka dopłynęła do betonowego mostu na drodze Stepnica-Rokita. Pierwszy ślad cywilizacji. Kto ma dosyć, może stąd dzwonić po taksówkę, bo i komórka odzyskuje tu zasięg. Kto zaś ma jeszcze siły, powiosłuje dobrze ponad godzinę przez łąki do Zalewu, a od ujścia około kilometra w lewo, do Stepnicy. Rzeką prostą jak autostrada, ale już bez tej urody, jaką miała parę minut wcześniej. Aż trudno uwierzyć, że w ciągu około godziny pokonuje się stąd odcinek mniej więcej taki długi, jak cała wyżej opisana trasa. Kiedy dopływam do przystani, nie mam już sił na nic. Rzucam się na picie i zostawione mi łaskawie resztki grilowej uczty...  Miesiąc później wracam na Gowienicę, by pokonać wyższy odcinek, od Babigoszczy do Widzeńska. Tym razem w towarzystwie Kingi, której moje opowieści o trudach wcześniejszego spływu narobiły wielkiego apetytu na taką wyprawę. Kajaki spuszczamy na wodę w Babigoszczy, pod mostem na trasie nr 3. Nauczeni moim doświadczeniem mamy zapas jedzenia, picia, gąbki do osuszania kajaków... Wsiadamy: ja do mojego pancernika, Kinga do nowiutkiego, czerwonego Yukona Expedition, dla którego ma to być dziewiczy rejs. Pierwsze, co zauważamy, to niski poziom wody w korycie – efekt wyjątkowo suchego lata. Mój kajak szoruje po dnie – nie dziwota, niesie ponad 90 kg doskonałego, męskiego ciała... Kinga, drobina ważąca połowę mniej, tych problemów nie ma. Jej czerwony Yukon śmiga nad przeszkodami, budząc moją zazdrość. No cóż, trzeba było mniej jeść... Dość długo płyniemy wzdłuż „trójki”, słysząc jadące w pobliżu samochody. Ale po godzinie hałas cichnie zupełnie, zostajemy sami, otoczeni dziką przyrodą. Płyniemy powoli przez Puszczę Goleniowską – puszczę prawdziwą, nie tylko z nazwy. Powoli, bo inaczej się nie da. Koryto jest po prostu usłane leżącymi w poprzek kłodami zwalonych drzew, albo ledwo przykrytych płytką wodą, albo (najczęściej) wystającymi na powierzchnię. Nie ma rady, co parę minut musimy wysiadać z kajaków, przeciągać je przez kłody po to, by potem znów przebyć kilkadziesiąt metrów. Jeśli udaje się przepłynąć 100-200 m, to jest już sukces! Próbuję początkowo bawić się w dżentelmena, pomóc Kindze przeciągać jej kajak przez większe kłody, ale Zosia-Samosia stanowczo mi tego zabrania. Jakby za karę za chwilę wpada w wodę. Diabli biorą elegancki strój i makijaż, ale humor i uśmiech na twarzy na szczęście zostają. Z zacięciem sama przepycha Yukona przez trudniejsze miejsca, krzywiąc się na każdą propozycję pomocy. W końcu daję spokój: chcesz, to walcz! Płyniemy dalej, do następnej przeszkody. Im głębiej w puszczę, tym dzikszy krajobraz. Widać, że życie w tym miejscu toczy się wyłącznie według praw natury, bez śladu ludzkiej gospodarki. Drzewa, które zwalają się do rzeki leżą w niej aż spróchnieją, nikt ich nie uprząta. Parę razy tworzą wysokie na kilka metrów zwały, których w żaden sposób nie da się przepłynąć. Wyciągamy wtedy na brzeg nasze „pojazdy” i kilkadziesiąt metrów przenosimy je lądem. Na szczęście we wszystkich miejscach tego wymagających nie ma problemu z wyjściem z kajaka. Rzeka jest zazwyczaj płytka, brzegi niewysokie. Na brzegach ani śladu ludzkiej stopy, jedynie liczne tropy zwierząt, schodzących do wodopoju. Kilka razy spotykamy resztki dawnych budowli, pewnie jeszcze sprzed wojny. Jakieś pale dawnego mostu, którego nikt nie odbudował, a na dawnej drodze rosną już duże drzewa. Jakieś zarośnięte rowy, świadectwo prowadzonej tu kiedyś gospodarki. Wszystko w zielsku, zapomniane... Zaskakuje nas zmienność wyglądu koryta rzeki. Zazwyczaj dość szeroka i płytka, w niektórych miejscach znienacka zmienia się w wąziutki, ale głęboki strumień. Czasami jest tak szczelnie przykryta roślinnością, że ma się wrażenie, iż tu się rzeka kończy; trzeba się wtedy przebijać na ślepo przez zasłaniające wszystko szuwary – istna Kambodża! Kinga przypomina wiersz Tuwima o rzeczce, co to się wije jak wstążeczka, co się chowa i ginie, a to znowu wypłynie... No, dokładnie tak jest! Rzeka ani przez moment nie płynie prosto. Meander za meandrem, po 2-3 razy podpływamy w to samo miejsce. To piękne zjawisko, ale wolimy nawet nie myśleć ile razy wydłuża naszą drogę. W porze obiadowej zatrzymujemy się na odpoczynek i posiłek. Przysiadamy na tysięcznej już chyba kłodzie leżącej w rzece, wyciągamy zapasy. Od razu widać, że w wyprawie bierze udział kobieta: kanapki elegancko przygotowane, osobno z serkiem, osobno z mięskiem, kubeczki do napojów, nawet serwetki się znalazły! Ale gorąca kawa w termosie – to już mój wkład w ucztę. Oj, przydała się na rozgrzewkę po kilku godzinach moczenia nóg w wodzie... Siedzimy dość długo, gadamy, ale pora ruszać w drogę. Wpływamy do wysokiego na kilka metrów wąwozu, ciemnego i wilgotnego. Piaszczyste dotąd dno rzeki jest tu usłane ciemnymi kamieniami, równie obficie zalegającymi na brzegach rzeki. Nastrój robi się nagle nieszczególny, bo miejsce wprawdzie ładne, ale duch w nim jakiś taki... nie bardzo. Na szczęście wąwóz się kończy, a rzeka wypływa na słoneczną śródleśną polanę. Od razu cieplej i weselej. Im później, tym bardziej odczuwamy zmęczenie. Coraz częściej nie wsiadamy do kajaków, tylko idziemy korytem rzeki, pchając je przed sobą. Bo i jaki sens ma wsiadanie, by przepłynąć kilkanaście, kilkadziesiąt metrów? Więc idziemy, wyglądając pewnie trochę dziwnie...Nie szkodzi, nikogo przez cały dzień nie spotkaliśmy. Kinga też już czuje trudy wyprawy, bo jakoś przestaje odganiać mnie, kiedy przeciągam jej kajak przez przeszkody. Zmęczona, jednak ducha nie traci: uśmiechnięta, zapewnia, że wszystko jest OK. Jeśli tak, to dobrze, płyńmy dalej... Późnym popołudniem przepływamy pod bramą, jaką tworzy pień zwalonego , ogromnego buka, wsparty na potężnych konarach kilka metrów nad wodą. Imponujący widok! Ktoś mi mówił, że stąd już będzie niedaleko do wsi. I rzeczywiście, po siedmiu godzinach od startu dopływamy do pierwszych zabudowań Widzeńska. Oczywiście, na koniec przykre niespodzianki. Pierwszą jest krzak wierzby, rosnący w wyjątkowo wąskim i głębokim odcinku rzeki. Nie da się go ominąć, a jedynie można podnieść do góry i przepłynąć pod nim w strugach ściekającej wody, pełnej gnijących liści. Przepływamy, ale nasze kajaki są pełne brudu, a my wyglądamy jak klony Wodnika Szuwarka, z tym zielskiem nas spowijającym... Obraz rozpaczliwy, na szczęście mamy świadomość, że to już końcówka wyprawy, nie robi to już na nas większego wrażenia. Drugą niespodzianką jest jaz przed mostem w Widzeńsku, który można pokonać spuszczając kajaki pochylnią pod mostem na długiej lince (mieliśmy ją). Innej drogi nie ma, bo po prostu nie ma możliwości wyjścia na wysoki brzeg przed mostem. Wysiadamy więc do wody przed jazem (na szczęście woda sięga jedynie po kolana) i ostrożnie spuszczamy kajaki kilka metrów niżej, po czym sami schodzimy po śliskiej pochylni. Po chwili z ulgą wysiadamy z nich po raz ostatni na przystani. Uff, koniec! Przybijamy „piątkę”. Jeszcze tylko wracam do Babigoszczy po samochód, a Kinga w tym czasie myje sprzęt. Koło godziny 20 pakujemy się, można ruszać do domu. Podsumowując: Gowienica to rarytas, ale jest to propozycja dla silnych i zaprawionych kajakarzy, chcących odpocząć od cywilizacji. Na pewno nie nadaje się na spływ rodzinny z małymi dziećmi. Stopień trudności nie jest wysoki ale za to uciążliwości jest tam moc, wymagających i znajomości techniki pływania kajakiem, i dużego zapasu sił. Trasa raczej na dwudniowy spływ (1 dzień Babigoszcz – Widzeńsko, 2 Widzeńsko – Stepnica). Rzeka wymęczy, ale pokaże za to piękno prawdziwej puszczy. Nikogo zapewne po drodze nie spotkamy. Z jednej strony to atut, z drugiej – konieczność dokładnego przemyślenia wyprawy, bowiem po drodze można liczyć wyłącznie na siebie. I tak na szczęście będzie w przyszłości, bo opisany odcinek rzeki jest wpisany do międzynarodowego programu ochrony przyrody „Natura 2000”. Woda jest czysta, choć rdzawo zabarwiona przez korzenie nadbrzeżnych drzew. Śmieci niewiele. Najlepszą porą na spływ jest wiosna, kiedy poziom wody jest wyższy od letniego o ok. 0,5m (spływa wtedy nadmiar wód z łąk powyżej Babigoszczy). Latem wody w rzece jest mało, a więc odkrywane są przeszkody zalegające w korycie rzeki. Zapewniamy jednak, że spacer piaszczystym korytem rzeki, zwłaszcza w dobranym towarzystwie, też ma swój urok! Ze względu na ilość przeszkód Gowienicę lepiej jest pokonywać w kajakach z polietylenu. Yukon sprawdził się tu doskonale, nie było na nim żadnego śladu po trudach wyprawy. Pancernik z laminatu porządnie dostał „w kość”, dno było dość poważnie porysowane. Nic dziwnego, że prosto z Gowienicy musiał trafić do zaprzyjaźnionego szkutnika w Stepnicy.
Zobacz również:
Materiały źródłowe: Urząd Gminy Stepnica - www.stepnica.pl
| Czy ten artykuł okazał się przydatny? | | |
| Atrakcje w : | » » » » » » » » »
|
Zobacz również: | » |
| |
|
|